Skandal za skandalem. Czym z Bożej woli gorszy Kościół?

Nikt nie powinien stawać przed wyborem pomiędzy kłamstwem i życiem, to jest zwyczajnie nie ludzkie, ale czy codzienność jeszcze można posądzać o uczciwość?!  Słowom zawsze należy się wolność, ale czy wolność słowa nas czasem nie zniewala? Językiem teraźniejszości jest niezależność, zapisywana na kartach historii mową zależną, przeważnie w trzeciej osobie. Chociaż wypowiedzi tracą wolność, żywą narrację ktoś natychmiast zastępuje suchą relacją, trwającą obecność – bezosobowym „odbyło się”, to jednak niektóre wydarzenia zyskują nowe życie. Wyryte w sercu zdania-myśli stają się perłą, po którą się chce sięgać do zakamarków pamięci.  

Ktoś zarzuci niespójność – i będzie miał rację. Ktoś posądzi mnie o naciąganie – pozwolę się skazać. Ktoś słusznie zauważy, że należałoby relacjonować wydarzenia, spisywać historię bez zbytniej gry słów, uciekania od konkretów i podjętych, problematycznych kwestii – wolałbym natomiast poszukać dziury w całym. Nie tyle, by podważyć, tylko spojrzeć z innej strony: uczciwie, bez uprzedzeń.

Wtorek, drugi lutego, koniec pierwszej połowy tygodnia. Dzień, jak co dzień, gdyby nie to, że zaczął się w poniedziałek wieczorem. Codzienny rachunek sumienia, jak amen w pacierzu, tamtego wieczoru był nieco niecodzienny. Jeśli zwykle uczciwość i szczerość miała przypomnieć minione tygodnie od ostatniej spowiedzi, o zmierzchu poniedziałkowego dnia mieliśmy się rozliczyć za cały rok.  Bóg wystawił nam rachunek za Światło, chociaż raczej za jego brak. Jezus, Światłość ze Światłości, przyszedł by na nowo rozpalić ledwie kopcącą świętość każdego z nas w Sakramencie Pokuty i Pojednania.

Poranek. Godzina 7:30. Jutrznia. Nawiedziła nas Światłość wschodząca z wysoka, by kolejny raz przekonać, że nie z nas wypływa owa przeogromna moc świadectwa. Wybiła 9:30. Kawa ze współbraćmi. Nikt nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: spodobało się Bogu uświęcać ludzi we wspólnocie. Czy nasza wspólnota jest święta? Dziś przybywa do niej Pan, co w niej zastanie? Urok i bezdyskusyjność pytań retorycznych pozostawiają prawo odpowiedzi jedynie Bogu.

Eucharystia w samo południe – uświęcająca obecność Źródła wszelkiej Świętości, a zarazem szczyt, na który wspinamy się każdego dnia. Zgromadzenie wezwanych, którzy stracili życie, miejmy nadzieję, że z powodu Chrystusa i Ewangelii, a nie z własnej głupoty. Dążenie do świętości po pallotyńsku nie na tym polega, by zawisnąć na poprzeczce podniesionej przez naszego Założyciela i wytrzymać tak jak najdłużej, tylko na tym, by ciągle wprawiać się w ruch, podciągać się ponad poprzeczkę. Wierzyć, że z Bogiem świętość się uda i nie udawać świętoszkowatych przed ludźmi. Być bożym, nie bogiem; dorastać do miana osoby konsekrowanej i nigdy nie konserwować swej osobistości. Słowa Ojca Duchownego Sławomira Radulskiego, które wybrzmiały pod czas uroczystej homilii, stały się nie tylko Bożym po–Słowie-m, lecz także inspiracją, by miarą codzienności uczynić świętość.

Godzina 18:00. Zgromadzeni na Nieszporach, by teraz to my stali się Znakiem sprzeciwu, prawdziwym za-czynem Jezusa w świecie. Dzień dobiega kresu, świętowanie przeradza się powoli w codzienność, a relacja zbiera myśli i już pointuje.

Są takie dziury, bez których całość nie byłaby sobą, jak również są podziurawione jak durszlak całości. Trudno sobie wyobrazić, jaką cierpliwością i wewnętrzną koncentracją trzeba się odznaczać, by nakłuwać tkaninę zaostrzoną szprychą i za chwilę celować nicią trzymaną w ręku, cerując chociażby worek na ziemniaki, nie mówiąc już o delikatnej jedwabnej chusteczce! Geniusz ludzki wymyślił igłę z uszkiem, by nawet choleryk nacieszył się tą odrobiną cierpliwości, którą posiada.

Niech podziurawione całości służą według swojego przeznaczenia. Ucho igielne dla nici, by rozerwaną przez zgorszenia szatę Świętości Kościoła, dało się z czasem załatać. Będzie widoczne, zgadzam się, ale może zaczniemy uważać na słowa i ludzi, jak się uważa na eleganckie spodnie, przynajmniej w pierwszym tygodniu po zakupach. Uszka w sicie są po to, by spłynęła woda; cały szlam kłamliwych i wydmuchanych, niekiedy, zarzutów pod adresem Kościoła nie do zniesienia. Kościół to nie kaczka, po nim nie spływa bez śladu. Pozostanie smród, może to znak, że znowu należy przewietrzyć, aggiornamento, kiedyś to zadziałało! 

Po co Kościołowi Dzień Życia Konsekrowanego, albo do czego Niezależny Bóg potrzebuje świętych? Być może dlatego, że świat już raz się Nim zgorszył, bo był za-święty! I teraz to On powołuje ludzi ułomnych i grzesznych do pierwotnej świętości, by to oni stawali się znakiem sprzeciwu. Dużo mówi się o zgorszeniach, chętnie pisze się o skandalach, łatwo uwierzyć w Kościół nie do zniesienia, a ja wierzę, że to On mnie niesie i jako Pierwszy znosi i ze mną wytrzymuje: Święty z grzesznikiem. Ja ufam, że to Święto przerodzi się kiedyś w codzienność i ta Świętość, kiedyś stanie się dla nas chlebem powszednim. Zaledwie jeden dzień z życia osób konsekrowanych, świętych grzeszników, każdego z nas.

Paweł Kozlouski SAC